Nareszcie, pierwszy raz od bardzo dawna, czuję,
że moje życie zaczyna się powoli układać i obierać właściwy kierunek.
Wiele spraw, które nie pozwalało mi spokojnie spać, pomyślnie się
rozstrzygnęło, pozwalając mi odetchnąć z ulgą. Teraz z coraz większym
optymizmem i odwagą spoglądam w przyszłość, bo wiem, że wiele zależy ode
mnie. Wystarczy wiara w siebie, uwierzenie we własne możliwości,
przekonanie o słuszności tego, co się robi i dostrzeganie wszystkich
szans i możliwości, które daje nam życie. Tylko tyle, a może aż tyle.
Bez oglądania się na innych, porównywania tego, co się ma z tym, co mają
inni, doceniając rzeczy zwykłe, proste, pozornie zwyczajne. Bez
marnowania czasu na zazdroszczenie innym, narzekanie, użalanie się.
Czuję, że to mój czas i wszystko leży w moich rękach. Czuję energię i
chęć do działania, zmieniania, kształtowania własnego "jutra". Bo
wszystko zależy ode mnie. Ode mnie samej...
Mimo, że moje życie zasuwa w niesamowitym tempie, czas za oknem chyba
się zatrzymał i ciągle króluje zima, której nienawidzę. Z utęsknieniem
czekam na wiosnę, ciepełko i słońce, kiedy to będę mogła wskoczyć na
rower i pojechać wąską dróżką przez las nad jezioro, gdzie wyłożę się na
malutkim, drewnianym „molo” i będę oglądać zachodzące słońce odbijające
się w wodzie. Wreszcie będę mogła ściągnąć pokrowiec z motocykla,
zaciągnąć się cudownym zapachem benzyny i ruszyć przed siebie, byle
gdzie, byleby tylko do przodu. Tęsknię za śpiewem ptaków, budzących mnie
nad ranem, zapachem łąki upstrzonej kwiatami, słońcem łaskoczącym
skórę, smakiem i zapachem owoców… Dopada mnie jakieś takie „szarugowe”
przygnębienie, brakuje mi siły na ogarnięcie wszystkiego i nic mi się
nie chce. Najchętniej zahibernowałabym się niczym nietoperz i przespała
ten przebrzydły, dobijający mnie czas.
Czas zasuwa w takim tempie, że odmierzam go czwartkami, kiedy to biorę
większe śniadanie do pracy, bo ślęczę tu do 17.00. Ten właśnie wyjątkowo
długi dzień roboczy daje mi znać o tym, że to już minął kolejny
tydzień. Praca, dom, zakupy, gotowanie, sprzątanie, projekty i tak w
koło Macieju. Kręcę się w tym kółku jak mysz na LSD i na nic nie mam
czasu albo kasy. Bo przecież taki bałagan w domu, że trzeba za
sprzątanie się zabrać, a nie w decoupage się bawić, albo ręczniki się
poniszczyły, już się do niczego nie nadają i trzeba kupić nowe… Ciągle
coś. I niech mi nikt nie mówi, że urzędasy zarabiają kokosy....! Bo
nawet mój luby, będąc na L4 przez cały miesiąc, zarabiał prawie
trzykrotnie więcej niż ja, zasuwając cały miesiąc.
Szkoda, że w tym całym pędzie człowiek nie ma czasu dla samego siebie –
swoich zainteresowań, pasji. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach
trzeba wybierać – czas albo pieniądze – bo jak masz czas to nie masz
pieniędzy, a gdy masz pieniądze to nie masz na nic czasu. Smutna
refleksja. I szczerze podziwiam wszystkie mamy, które potrafią łączyć
pracę z rzetelnym, prawdziwym wychowaniem dziecka (a nie posadzeniem go
przed TV) i prowadzeniem domu, a do tego jeszcze mają czas dla siebie...
A ja? A ja trochę sobie ponarzekam, pomarudzę i dalej dam się przeżuwać
okrutnemu czasowi.
Czasami mam wrażenie, że ja i on to piekło i niebo, ogień i woda, chwast
i piękna róża… Kłócimy się o pierdoły, przejmujemy drobnostkami. Boli
mnie to, że takie głupoty stają między nami i potrafią nas skłócić.
Zmęczenie materiału? Być może. Może za dużo ze sobą przebywamy, może to
my się zmieniliśmy, a może…. Może lepiej nie myśleć. Wziąć głęboki
oddech i usiąść do rozmowy, by zawalczyć o nas i wspólne jutro…