Wstając rano do pracy, za oknem wita mnie szarówa, a poranki
są coraz chłodniejsze. Baleriny zamieniłam na trampki, na szyję zarzucam chustę
w optymistycznym fuksjowym kolorze, ubieram skórkową kurtkę i wychodzę
do pracy. Na chłodniejsze wieczory z dna szafy wyciągnęłam czerwony, polarowy
koc. Ze smutkiem stwierdziłam, że nadchodzi już powoli jesień, zaczną się
długie, nijakie wieczory, przesiadywanie pod kocem, czytanie książek. Choć wczorajsza prognoza pogody na następny tydzień
dała mi światełko nadziei. Jeszcze będę mogła się nacieszyć wyprawami
motocyklowymi, których głód wciąż czuję.
Coraz częściej myślę o zmianie pracy. Zrobiłam nawet
pierwszy krok w tym kierunku i zapisałam się na zajęcia z angielskiego. Zaczynam w przyszły poniedziałek. Mam
nadzieję, że to pomoże mi uwierzyć w siebie i doda więcej pewności, bym w
końcu potrafiła zdecydować, czy chcę
tkwić na tej wygodnej, ciepłej posadce, czy jednak warto zaryzykować i szukać
czegoś innego.
Na poprawienie humoru i odegnanie czarnych myśli, we wtorek,
pierwszy raz w życiu, zafundowałam sobie paznokcie u kosmetyczki. Cieszę się z
nich jak szczerbaty na widok sucharów. Naprawdę! Jak niewiele człowiekowi potrzeba
do szczęścia. ;)
P.S.: Przydałby mi się dzisiaj taki motorek w tyłku, jak ma ten chomik :D
